Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty

5 marca 2010

Stephen King - Mroczna Połowa (1989)




" - Tnij go - powiedział Maszyna. - Tnij na moich oczach. Chcę widzieć, jak broczy krwią. Nie każ sobie dwa razy powtarzać'.



Będąc małym brzdącem zawsze chciałem mieć brata bliźniaka. Broń Boże siostrę bliźniaczkę. Pewnie wpływ na to miały represje ze strony starszej o pięć lata siostrzyczki. Taj było kiedyś. Teraz zmieniłem zdanie. Niedawno przeczytałem powieść Stephena Kinga. Powieść ta ma tytuł „Mroczna połowa” Powieść ta traktuje o bliźniakach. Powieść ta przeraża...
Thad Beaumont co prawda był jedynakiem ale cóż to przeszkadza. Thad Beaumont był poczytnym psiarzem, który swoją sławę i swój majątek zawdzięcza wydanym książkom – kryminałom – pod pseudonimem George Stark. Oczywiście nikt oprócz najbliższego otoczenia o tym nie wiedział tak wiec wiadomość, że pod owym pseudonimem ukrywa się Thad sporo namieszała. Co prawda odkrycie kart wynikało w dużej części jako wybieg aby nie być zdemaskowany przez pewnego fana/prześladowcę/szantażystę niejakiego Fredericka Clawsona.
Tak więc Thad ujawnia się i zrywa z twórczością pod pseudonimem, który upodobał sobie mroczne thrillery. Proste co nie? Otóż nie, jest pewien problem. Mały szkopuł. George nie chce usuną się w cień, George nie chce odejść w otchłań zapomnienia. George lubi sławę, lubi Alexisa Maszynę głównego bohatera przewijającego się przez jego powieści. George nie tylko nie chce odejść ale także nie chce być tym drugim. Cóż, George Stark żyje, jest materialny i do tego wściekły. George Stark, pseudonim artystyczny Thada Beaumonta powstał z grobu i pała rządzą krwi. Co gorsza aby George mógł dalej istnieć i cieszyć się z bycia żywym organizmem, z bycia zbitką komórek Thad musi dalej pisać pod mrocznym pseudonimem...
Tak miej więcej wygląda fabuła „Mrocznej połowy”. Powieści Stephena Kinga, który w swoim życiu także używał pseudonimu wydając jako Richard Bachman kilka książek, które charakteryzowała szybka, zwarta akcja i proste zakończenia. Bez rozwiniętej psychoanalizy, wodolejstwa. Prosty, efektowny Richard Bachman niczym do bólu prosty i bezlitosny Alexis Maszuna z kryminałów Starka.
Po lekturze tejże powieść ja sam nie miałem skrupułów w wyborze kogo bardziej lubię. Jest to drugi niechciany brat bliźniak, mroczna połowa Thada. Opisy popełnianych przez niego zbrodni są mistrzowskie jak i klimat strachu i grozy odczuwany podczas działań Starka. Morderstwa nie są proste. O nie. Mam tu wachlarz ciekawych finezyjnych morderstw okraszonych cząstką typowego gawędziarstwa Kinga takie jak choćby zbyt pewna siebie Dodie Eberhar zamieszkała przy L Street w Waszyngtonie. Lubię takie wstawki, krótkie opisy nic nie wznoszących do fabuły bohaterów dziesiątego planu.
Pierwsza połowa książki to takie pomieszanie Bachmana z typowym Kingiem z przewaga tego pierwszego co jak dla mnie ma rewelacyjny efekt. Później jednak gdy powoli do głosy dochodzi King robi się trochę „gorzej”, akcja zanika a ostatnie jej resztki skierowane na próbę przejęcia zdolność pisarskich przez Starka od biednego Thada i groźby pod adresem jego wesołej rodzinki są szczerze mówiąc mizerne. Akcja siada, nic ciekawego się nie dzieje. Jedynie co ratuje drugą część powieści tuż po morderstwach popełnianych przez ożywiony pseudonim to chyba zmagania z niemowlęcym życiem bliźniąt Thada.
Co do zakończenia to jest ono banalne i nie podobało mi się całkowicie a już gdy w końcu dobro zwycięża i trzeba ukryć pozostałe dowody przed racjonalnym światem jest po prostu śmieszne i głupie. Można się usmiać. Zawiodłem się na tej powieści. Dopóki rządził Georg w stylu „tak jak to robi maszyna” a stronice broczyły szkarłatną krwią wszystko było dobrze, wszystko grało. Tekst wciągał niesamowicie. Pochłaniałem strona za stroną z prędkością TGV dopóki.... pan Hyde/Alexis Maszyna/Bachman nie powiedział do widzenia i wrócił w ciele dr Jekylla/Kinga.
Tak więc powieść zaczyna się od rewelacyjnego prologu, rozwija się dość szybkim - pełnym grozy i chlustającej po ścianach krwi - tępię po czym zwalnia, zaczyna się wodolejstwo a kończy na debilnym zakończeniu. Zaznaczam też, że ta druga – miej mroczna – połowa nie jest aż tak bardzo zła i słaba, ale w porównaniu z bardzo mroczna pierwszą połową powieści blednie strasznie. Nie jest to pierwsza liga Kinga ale stratą czasu tez nie będzie. Polecam czytać tą powieść do połowy ;) a tak na poważnie to w sumie warto przeczytać ta książkę. Szczególnie jeśli przed nią czytało się już Sklepik z Marzeniami i polubiło się szeryfa okręgu a raczej zadupia zwanego Castle Rock. Choćby dla tego...

7/10

28 lutego 2010

Stephen King – Szkieletowa Załoga (1985)




Ostatnio zapadłem (recenzja pochodzi z listopada 2009 roku) na dziwną chorobę zwaną „Kingowstrętem” lub uogólniając „Czytaniopisaniowstrętem”. Nie chciało mi sie czytać, pisać na forum. Jedyne moje zajęcie przez ostatnie 2-3 tygodnie to siedzenie w domu, oglądanie filmów, chlanie piwa i granie w pesa. Zbiór opowiadań pt. “Mgła – Szkieletowa Załoga” zacząłem niemrawo jakieś trzy tygodnie temu od przeczytania kilku opowiadań i choć poziom książki mnie w pełni zadowalał zapadłem na wspomnianą wcześnie chorobę. Jakieś parę dni temu zmusiłem się do dalszego czytania (pomyślałem, że lepsze to niż gapienie się w sufit). I dobrze zrobiłem. Reszta czyli ponad połowa zbioru poszła mi bardzo szybko. Wczoraj skończyłem lekturę i czytam już “Sklepik z marzeniami”. Wracając do tematu to muszę (naprawdę?) powiedzieć, że zbiór ten bardzo mi się podobał. Kilka opowiadań wciągnęło mnie całkowicie, kilka czytało się przyjemnie choć bez rewelacji a kilku mogło by nie być. Tak więc…

1. Mgła – najlepsze opowiadanie w zbiorze. Długie co lubię i mimo szczątkowej akcji nie nudziłem się. Bardzo mi się podobał element samej mgły jako tajemniczej gęstej kurtyny zapadającej nad miasteczkiem tak samo jak również szczątkowy opis zamieszkujących w niej dziwactw. Co prawda moja wyobraźnia automatycznie przedstawiała obraz owych istot taki jaki zobaczyć można w filmie Franka Darabonta ale co tam. Może to i lepiej. Zresztą prawie zawsze mam tak jak czytam powieść, której wcześniej widziałem ekranizację. Na całe szczęście zakończenie było inne. Bez strzelania do dzieci i staruszek. Chętnie bym się dowiedział jak było dalej ale czasami lepiej jak pozostanie lekki pozytywny niedosyt. Trochę nie podobała mi się postać Nortona. Nie dlatego, że był mało szczerym, cynicznym prawnikiem a dokładniej jego zbyt duże klapki na oczach. Opis jego wielkiej niechęci do zajrzenia na magazyn sklepu jest trochę przerysowany. Myślę, że jest to raczej mało rzeczywiste by człowiek mógł aż tak zaprzeczać a raczej uwierzyć w pewne rzeczy patrząc na okoliczności. Reszta jeśli chodzi o profile charakterów uwięzionych w sklepie ludzi jest bez zarzutu a najbardziej podobała mi się postać wiedźmy Carmody. Jej opętanie a raczej bałagan na strychu wniósł dużo do opowiadania. Koniec świata, ognie piekielne, gniew boży… To jest to co lubię Ocena 10/10
2. Zjawi się tygrys – nic ciekawego. Być może i Stefek bardzo pragnął aby jego nauczycielkę z czasów dzieciństwa zżarł tygrys ale, że tak powiem: co mnie to obchodzi. Jako, że jest to krótkie to łatwo się czyta. Niby nic w tym takiego złego nie ma ale nie ma też niczego ciekawego. Ocena 2/10
3. Małpa – za to lubię Kinga. Potrafi on napisać dobre opowiadanie ociekające grozą o czymś takim jak małpka-zabawka. Zwykła małpka zabijająca ludzi i zwierzęta. Dobre choć na widok takiej małpki uderzającej w talerze można się natknąć w kilku horrorach to tutaj mamy przedstawiona ją jako wyrób piekielny. Szkoda, że nie mogłem poznać historii tej zabawki. Wszystkie popełnione przez nią czyny opisane w opowiadaniu był opisane bardzo dobrze i można było „naprawdę” poczuć ciarki na plecach mimo, iż jedynym z tego co pamiętam fizycznym morderstwem małpki był kierowca furgonetki, któremu nasza małpka zrzuciła cos napędzanego prądem do wanny. Jak ginęli inni nie wiadomo. Szczególnie utkwił mi w pamięci moment, w którym po hipnotycznym jej uruchomieniu przez Hala na drugi dzień umiera jego matka. W tym opowiadaniu podobało mi się wszystko. Także zakończenie. Ocena 10/10
4. Bunt Kaina – kolejne liczące zaledwie kilka stron opowiadanie. Różnica między nim a „Zjawi się tygrys” jest tak, że jest ciekawe. Krótki opis szaleństwa studenta i jego finału. Może nie rewelacja ale na pewno warto poświęcić parę minutek na lekturę. Najlepsze: „A wtedy Bóg powiedział mu, żeby spadał”. Ocena 6/10
5. Skrót pani Todd – jedno z lepszych opowiadań jakie czytałem. Może sam temat trochę śmieszy ale zawartość opowiadania urzeka. Lubię teksty Kinga , w których można wyczuć miłość i melancholię a groza spada na dalszy plan choć zawsze w recepturze jest jej mała nutka. Właśnie ta mała nutka, szczypta rzeczy nadprzyrodzonych skojarzyła mi te opowiadanie z „Historia Lisey” a dokładnie z księżycem Boya co automatycznie uznałem za duży plus. Jakiś wciekły „Szop” na chłodnicy mercedesa, gałęzie wierzby kradnące czapkę, rodząca się miłość pomiędzy zamożną, znudzoną ale spontaniczna kobietą a znudzonym życiem dozorcą. Wszystko to plus jazda kabrioletem po bezdrożach, sposób w jaki opowiada to starzec i finał opowiadania sprawiło mi dużo frajdy. Ocena 10/10
6. Jaunting – ciekawie choć bez rewelacji. Może nie za bardzo interesowały mnie techniczne wspominki ale samo zagadnienie teleportacji na jawie tzn. bezkres czasu jaki przeżywa człowiek, który nie został poddany narkozie podczas jauntingu jest ciekawy i zmusza do myślenia co bym zrobił gdybym został pozostawiony na wieki tylko ze swoimi myślami. No i finał dobry choć trochę dziwi, że po kilkuset latach nagle jakieś dziecko zdołało oszukać obsługę. Ocena 6/10
7. Weselna chałtura – nic ciekawego choć plus za to, że przypomniało mi się bardzo dobre opowiadanie „Śmierć Jacka Hamiltona” Ocena 3/10
8. Tratwa – tu mam mieszane uczucia bo niby opowiadanie się dobrze czyta i wciąga to sam pomysł jakiś krwiożerczej plamy pływającej tak sobie nie wiadomo skąd po jeziorze jest delikatnie mówiąc beznadziejny. Przeważnie jeśli temat jest beznadziejny to tak samo wygląda z resztą no ale tutaj tak nie jest. Sama próba przetrwania opisana jest ciekawie a ciarki przeszły mi po całym ciele gdy wyobraziłem sobie człowieka wsysanego przez małą szparkę między deskami pomostu czy tam tratwy. Nawet teraz jak o tym myślę to robie się nie dobrze. Druga sprawa skoro Randyemu po śmierci Deka przyszło do głowy, ze właśnie nie wykorzystali szansy na ucieczkę to czemu tego nie zrobił po śmierci La Verne. Szok? Nie sądzę. Za pierwszym razem oczywiście ale raczej nie za trzecim. Ocena 6/10
9. Edytor tekstu – kolejny trochę dziwny pomysł. Miłość chłopca przyczyniająca się do magicznych zdolności tegoż edytora tekstu a do tego niespełnione małżeństwo plus na dokładkę marna latorośl. Nie chwytam tego. Niby to głębokie ale jednak płytkie plus głupi pomysł. Ocena 2/10
10. Człowiek, który nie podawał ręki – zaczyna się fajnie. Jakieś zebranie i starzec zaczynający snuć pewna opowieść. Fajny klimacik na początku, który z biegiem opowiadania znacznie się przerzedza. Klątwa i jej przyczyny jakoś mnie nie zaciekawiły tak samo jak biedy los pana Browera, który zabija biedne zwierzaki. Kolejny raz odepchnięty od świata ludzi i pogrążony w samotności postanawia ze sobą skończyć. Czemu nie wpadł na to wcześniej. E tam, nic ciekawego Ocena 2/10
11. Świat plaży – w opowiadaniu tym podobał mi się sam fakt istnienia planety jako jednej wielkiej pustyni, która hipnotyzuje swym urokiem. I tylko tyle mnie zainteresowało. Słabe Ocena 3/10
12. Wizerunek Kosiarza – aby przypomnieć sobie o czym to było musiałem zajrzeć do książki tak więc tylko jedna ocena przychodzi mi do głowy. Jedno z opowiadań, którego mogło by nie być. Ocena 1/10
13. Nona – jedno z lepszych opowiadań choć nie najlepszych. Mimo to fajnie mi się czytało. Tylko, że albo nie pamiętam albo nie rozumiem co się w ogóle stało z głównym bohaterem. Opętała go zła moc? Popadł w szaleństwo? Nie wiem, nie pamiętam, nie rozumiem choć fajnie czyta się o parce mordującej kogo popadnie. King rzadko pisze o takiej agresji. Czystej agresji, chęci zabijania i czynienia zła. Ocena 8/10
14. Szkoła przetrwania – choć może temat kanibalizmu jest interesujący sam w sobie a jeszcze bardziej gdy człowiek postanawia zjeść sam siebie to jakoś mnie to nie przekonało. Myślę, że człowiek mimo szoku gdy budzi się na bezludnej wyspie a do tego bez pożywienia i bardzo marnej możliwości zdobycia go raczej ma na tyle instynktu samozachowawczego, że nie podjąłby się takiego aktu desperacji. Takie jest moje zdanie ale za bardzo się nie znam choć mówią, że człowiek jest zdolny do wszystkiego. Mnie te opowiadanie nie ujęło mimo to duży plus za pierwszy akapit. Tak się zastanawiałem czy ja sam bez żadnej wiedzy medycznej byłbym zdolny do jedzenia samego siebie. Kawałek po kawałku. Mam nadzieję, że jak znajdę się kiedyś w takiej sytuacji to nie przypomni mi się te opowiadanie. He He. Ocena 6/10
15. Ciężarówka wuja Ottona – w tym opowiadaniu podobało mi się wszystko oprócz… ciężarówki wuja Ottona a mianowicie jej krwiożercze zamiary. Lubię czytać opisy z życia wzięte z domieszką fantazji takie jak np. wspominki z dawnego Derry z „To” czy historia pewnej murzynki z „Worka Kości” i tu właśnie znalazłem taką nutkę tego czegoś. Skradająca się ciężarówka? Owszem, niech będzie tylko w zwariowanym umyśle zbzikowanego wujaszka starca ale, że jest to ciężarówka, która naprawdę zabiła to to mi się już nie podoba. Ocena 7/10
16. Poranne dostawy (Mleczarz I) – krótko, zwięźle i strasznie. Dobrze, że kupuję mleko w sklepie. Choć może trafi się jakiś szaleniec w mleczarni. Któż to wie… Ocena 10/10
17. Wielkie bębny: Opowieść pralnicza (Mleczarz II) – nie podobało mi się i tyle choć nie czytało się źle. Było więc przeczytałem. Skąd mogłem wiedzieć. Ocena 2/10
18. Babcia – Bardzo dobrze napisane opowiadanie. Choć akcja dzieje się na ostatnich kilku stronach to strach wnuczka do szalonej babci wciąga niesamowicie. Tylko sam mistrz mógł z samych rozważań chłopca o śmierci babci zrobić coś tak dobrego. Żadnych laurek, żadnej miłości. Tylko strach i ulga, którą przyniosła śmierć „bliskiej” osoby a że nie na długo.. cóż, tak bywa. Wnuczek podzielił los babki. Mistrzostwo świata. Ocena 10/10
19. Ballad o celnym strzale – chyba najlepsze opowiadanie w zbiorze. Wszystko w nim mi się podobało. Atmosfera małego bankietu, wyznanie redaktora, sama jego postać i jego losy tak jak i Rega oraz ONI, fornus i fornity. Tutaj przypomniała mi się powieść „Lśnienie” a mianowicie sam aspekt powolnego popadania w obłęd. Choć mniejsza zawartość to wrażenia te same. Choć grozy w tym nie ma ani kropli to liczy się tu tylko szaleństwo wariata i jego wyimaginowany świat. Przypomniało mi się też „Tajemnicze okno, tajemniczy ogród” i to nie tylko dlatego, że bohaterami są młodzi poczytni pisarze ale głownie z powodu, iż owe szaleństwo miało swoje „aspekty” w świecie rzeczywistym. Tak więc na sam koniec zastanawiamy się, czy ten wyimaginowany świat szaleńca nie jest aby przypadkiem rzeczywistością. Gdy rozum śpi budzą się koszmary. Tak to chyba było. Ocena 10/10
20. Cieśnina – choć to krótkie to jest to piękne mimo, że dotyczy śmierci. Ocena

7+/10

Stephen King – Łowca Snów (2001)





Książkę przeczytałem bodajże w lutym 2009 roku. Do kupienia skłoniła mnie ekranizacja tej powieści. Co prawda film nie jest klasykiem na miarę „Lśnienia”, „Misery” czy „Dolores Claiborne” ale potrafił mnie skłonić do zakupu książki. Sam film oglądałem kilka razy ale po przeczytaniu powieści straciłem już na niego ochotę. Książkę zakupiłem na Allegro, stare wydanie ponieważ jak zobaczyłem jak wygląda najnowsze to miałem ochotę puścić pawia na regał z horrorami w księgarni. Co prawa nie jestem fanem okładek w twardej oprawie i w małym formacie ale nie ważne. W tym roku „Łowca Snów” ma być wznowiony więc prawdopodobnie doczekamy się ładnego wydania.

Biorąc pod uwagę średnie oceny czytelników miałem mieszane uczucie składając zamówienie. Byłem wtedy początkującym Kingoholikiem (myślę, że teraz mój stan zaawansowania w dziedzinie Kingoholizmu, specjalizacji jaki i pogłębienia się nałogu, będąc w trakcie lektury trzynastej w tym roku pozycji stwierdzam, że zasługuję na jakąś rangę między początkującym a średnio zaawansowany) a powieść ma ponad 600 stron… ale to było tysiąc lat temu. Jedno jest pewne. Nie żałuję tej decyzji. „Łowca Snów” pokazał mi wspaniały świat, wspaniałych postaci ze wspaniałą fabułą. Książkę trzeba zaliczyć do powieści science-fiction. Nie ma tu typowych elementów horroru od których skóra dostaje gęsiej skórki. Jedynym takim momentem jest rewelacyjnie napisany rozdział „Jonesy w szpitalu” w tym wszystko co się dzieje między Jonesy’m a Szarym. Mówiąc krótko i precyzyjnie jest to 614 stronic o UFO.

To samo gówno każdego dnia… Głównym atutem powieści jest duża dawka psychoanalizy głównych bohaterów jak i samych Szarych. Wielu uważa, że gdy King zagłębia się w ową psychoanalizę kreowanych przez swój umysł postaci robi to za bardzo, za głęboko. Otóż nie. Jest to według mnie główna zaleta Kinga. Robi to mistrzowsko i gdy zagłębia się w psychikę bohatera wprost nie można mnie oderwać o tekstu (może to i śmieszne ale gdy czytałem łowcę nie raz na chwile udało mi się przerwać i pomyśleć: cholera, ale to jest dobre!) a wszystkie przedstawione postacie w tym główna piątka: Beaver, Jonesy, Pet, Henry i Duddits mają w sobie coś. Coś co sprawia, że się z nimi utożsamiamy, że się z nimi zaprzyjaźniamy. Wszyscy bohaterowie, czy to postacie pierwszo, drugo, trzecioplanowe są przedstawione i opisane rewelacyjnie. Ich problemy, perypetie, nałogi („matka Beavera często powtarzała, że te wykałaczki kiedyś go wykończą”), przeszłość czy szara teraźniejszość (Same Shit Different Day). Reasumując, psychoanaliza postaci Kinga wywiera na mnie o wiele większy wpływ niż sama akcja.Akcja powieści skupia się w głównej mierze na perypetiach głównej piątki. Czterej bohaterowie w wieku średnim połączona jest dziwną więzią z pewną bezbronną, schorowaną, obdarzoną dziwnymi zdolnościami postacią. Korzenie ich nieco zblakłej przyjaźni mają miejsce w ich dzieciństwie gdy stało się coś pięknego. Gdy czwórka chłopców potrafiła się wnieść na wyżyny szlachetności i odwagi pomagając potrzebującym i bezbronnym. Nie wiedzieli wtedy, że to początek czegoś co mogło zaważyć (i zaważyło) nad losem całego świata. Nie wiedzieli, że ta przyjaźń to coś więcej, że choć stało się to przypadkiem to zostali wybrani i życie, które mieli przed sobą, życie pełne wzlotów i upadków, utraconych szans i dające w kość być może będą musieli poświęcić. Powieść zaczyna się od przedstawienia bohaterów. Potem ma początek główna fabuła. Zaczyna się ona w wolnym tępię, w miarę powolutku (naprawdę powolutku) przyspieszając. Finał książki jest niesamowity (inny niż w obu zakończeniach przedstawionych w filmie), brutalny i wzruszający. W samej akcji oprócz jednego, dwóch momentów nie ma się co spodziewać fajerwerków. Cała fabuła jest w miarę spokojna. Główną zaletą (poza charakterystyką profilu psychicznego postaci) jest fakt, że mimo słabego tępa akcji jest ona niezmiernie wciągająca. King nawet powolny ze względu na aurę pościg trzech grupek ludzi umie napisać w taki sposób, że nie sposób przestać.

Bo naprawdę powiadam wam panie i panowie: nie sposób przestać. Ta książka to coś więcej niż walka cywilizacji ziemskiej z rasą obcą (która jest przedstawiona w ciekawy, specyficzny sposób). Ta książka to nie tylko perypetie kręgu przyjaciół. Ta książka jest piękna. Jako główne określenie nie pasuje tu zbytnio słowo: fenomenalna czy rewelacyjna. Ona jest po prostu piękną. Ja się w niej zakochałem i gdyby nie to, że świat Stephena Kinga kryje jeszcze dużo skarbów do odkrycia czytał bym ją na okrągło….SSDD.

10+/10

27 lutego 2010

Stephen King – To (1986)



Powiadam wam, że materiał ten zawiera dużo spoilerów a to dlatego, że inaczej pisać nie umiem. Ot co. Tak więc panie i panowie skończyłem To i po paru dniach odsapnięcia i przemyślenia tego i owego (i co z tego, że po godzinie wziąłem się za „Komórkę”) uważam, że To to cholernie, zajebiście dobry i obszerny w treść kawałek literatury grozy. Lektura Tego zajęła mi więcej czasu niż myślałem ale większość czasu staram się spędzać poza domem ciesząc się ostatkami lata (lata, jakiego lata?) a nocą gdy panowała ciemność i cisza zabierałem się za czytanie. Powieść pochłonęła mnie od pierwszej strony i choć znałem zarys historii gdyż oglądałem nie tak dawno film (który swoją drogą po przeczytaniu książki obejrzałem jeszcze raz i okazał się jakiś taki głupi, sztywny i z deka beznadziejny) to jak to zwykle bywa nie ma co porównywać powieści do filmu, 1100 stronicowego klocka (ach te cienkie prześwitujące kartki rodem z Biblii) do trzy godzinnego mini-serialu. Książka jest zdecydowanie ciekawsza. Pomijam już to, że oprócz głównego zarysu walki z Tym są to dwie różne historie.
Powiem szczerze, że gdyby To skupiało się tylko na wydarzeniach z dzieciństwa to przykro by mi nie było z tego powodu a nawet bym się ucieszył. Mimo, że King fajnie i ciekawie to zrobił mieszając wątki z 1958 i 1985 (i tu przypomniał mi się wielbłąd wydawniczy, mianowicie pomylenie przez wydawcę daty ze strony 1081) to perypetie dzieciaków zdecydowanie bardziej mnie wciągnęły. Takie rzeczy to ja mogę czytać bez końca. Podobnie jak w rozchwytywanej przeze mnie (chyba tylko przez mnie) powieści Łowca Snów. “Starsza” strona jest mniej wciągająca co wcale nie dowodzi, że ciekawa nie jest ale w sumie co tak równie dobrze w ciąga w trans nostalgii i melancholii jak wspomnienia z dzieciństwa. Kurde blaszka jestem już na tyle stary, że już dawno zapomniałem co znaczy bawić się bez podszeptywania brudnych szczurów, którymi są rozsądek i odpowiedzialność. Nie wspomnę już o nigdy nie spełnionych marzeniach, miłościach przebytych bójkach w szkole i na podwórku jeszcze za czasów komuny ale… ale nie o tym chyba mowa. Bardzo ciekawe były też interludia, szczególnie historia opowiedziana przez ojca Mike’a o spłonięciu Black Spot. Bardzo podobały mi się te wzmianki o historii Derry jak choćby także o masakrze w barze Silver Dollar, której główną personą był Claude Heroux. Jeśli chodzi o momenty, które mnie rozpieprzyły czy jak to tam się mówi czy określa wbiły w fotel to był to opis śmierci Patricka Hockstettera jak i wcześniejsza analiza jego charakteru (przypomniał mi się wtedy od razu również fenomenalny opis pana “ja chcę się dostać do Bostonu” z Langolierów) pod względem psychologicznym (psychoanaliza i tyle). Rozdział ten (17) przeczytałem kilka razy. Po prostu King mistrzowsko określa profil psychologiczny bohaterów a najlepiej mu wychodzi chyba psychoanaliza despotów, wariatów i straceńców. Takie rzeczy bardziej mnie kręcą w jego prozie niż same dialogi czy jakaś szybka akcja. Bardzo dobre były też pierwsze spotkania z poczciwym klownem panem Pennywisem młodej siódemki przyjaciół/frajerów przy czym najlepsze było spotkanie Mike’a z ptakiem. Fajnie było się dowiedzieć pod koniec powieści skąd u Mike’a wziął się skryty w jego podświadomości a raczej głęboko zakopany w piwnicach/lochach świadomości strach przed ptakiem. Chociaż powiem szczerze, że drugorzędny epizod z Eddiem Corcoranem i jego ostatnimi chwilami na ziemskim padole (na wyimaginowanym ziemskim padole) też był niczego sobie a nawet bardziej niż niczego sobie.
Sama walka z Tym była, że tak się wyrażę taka sobie. Fajnie się czytało ale jakiegoś podskórnego napięcia nie czułem. Tak samo jak nie zauważyłem ani nie poczułem gęsiej skórki i sztywnych włosków na przedramionach ściskających dużo za cienkie stronnice grubego klocka. Było więc przeczytałem, ot co. Pozostał w sumie trochę nie smak. Tłucze się człowiek przez 1000 stron z wielkim zainteresowaniem na wysokim poziomie i nagle spada o dwa poziomy niżej. Podobało mi się natomiast nawiązanie w walce z Tym do żółwia (Maturina?), który wyrzygał całe wszechświaty jak i podróż Billa Jąkały i Richiego Niewyparzona Gęba, poprzez czerń w kierunku trupich świateł. Konkretna była też wizja przybycia Tego na naszą planetę. Ba, w swojej nieziemskiej wyobraźni tak to odtworzyłem, że nawet pan Janusz Kamiński by tego lepiej nie ujął. Po prostu konkret. Bez kitu, konkret… zresztą sama postać klowna jako zła powodują, że ciarki przechodzą po plecach. Teraz każdy klown będzie się mi kojarzył z Pennywisem. Już nie wspomnę o klownie z McDonalda. Chyba Roland się nazywał (i tu trzeba się pochwalić, że mam za sobą sagę Mroczna Wieża i powolutku przygotowuję materiał na bardzooo!!! obszerną reckę o Rolandzie i jego świcie). Co do śmierci w powieści to o ile samobójstwo Stana Urisa było klimatyczne to śmierć Eddiego była chyba wciśnięta na siłę choć w sumie krzywda mi się nie stała. Jakoś nie poczułem więzi z Eddiem. Co innego by było jak by zginął Richie Tozier. Tego to ja bym nie wybaczył. Oj nie.
Co do minusów powieści to kompletnym nieporozumieniem było dla mnie zbiorowe używanie sobie na Beverly tylko dla tego bo Eddie zgubił drogę i potrzebował mocy. Już nie chodzi o to, że rzecz ta dotyczyła dzieci ale.. po prostu głupie to było i tyle. Jakiś tam niesmak pozostał mi po tym. Cóż, więcej minusów nie widzę ale ocena i tak nie będzie maksymalna. Ale w sumie cóż to zmienia? … I Love Derry!

9+/10